Prince Albert

Moderatorzy: Moderatorzy, Moderatorzy tytoniowi

Oli
Pykacz
Pykacz
Posty: 61
Rejestracja: 21 września 2007, 04:12 - pt
Lokalizacja: New York

Post autor: Oli » 22 listopada 2007, 05:34 - czw

Prince Albert to cos w stylu "Hate It or Love It" roznice w jakosci tytoniu pomiedzy Polska a US pewnie sa, trudno mi powiedziec, nie przepadam za PA wydaje mi sie ze lepszy jest Carter Hall lub Half and Half aczkolwiek tych rowniez nie pale. Probowalem kilka razy,kwestia gustu ale za bardzo lubie Burley wiec pielegnowanie amerykanskiej tradycji i bisnesu zostawiam innym. Co bardziej rozhisteryzowanym palaczom zalecam palic w rotacji z tytoniem Rumak w rodzimej "gruszce" przy lekturze s.p. pana Turka strzec smaku starej Europy.
Przepraszam za off topic a ksiazke R.I.P. p.Turka bardzo lubie.
Pozdrawiam.
May your bowls always be full my friends. Luck to ya.
jalens

Re: Czemu nie mogę zrecenzować?

Post autor: jalens » 19 sierpnia 2009, 16:44 - śr

Służę uprzejmie...

Kolejna mieszanka z gatunku psychologicznych. Dawno temu w Pewexach była tylko Amphora w trzech kolorach , nie dający się palić, gorszy od Bosmana Clan i z rzadka Prince Albert w ślicznych puszeczkach. Ale bywał okresowo. Bardzo mi smakował. To głównie burley plus virginia i stuprocentowy „turecki”.

Kiedy w studenckich czasach miałem w szufladzie czerwoną i zielona Amphorę i Prince Alberta, to „w zakresie” fajczarstwa nic innego do szczęścia mi nie było potrzebne. Czerwona Amphora była do towarzystwa i nobilitowała – z tamtych czasów właśnie pochodzi to pytające „Amphora?”, kiedy postronny zauważy palącego fajkę. Zielona była aromatem do przeżywania słodyczy wieczornych, zaś PA był blendem do codziennego palenia. Smakował mi jak cholera, więc kiedy go nie było w sklepach z żółtymi firankami, chodziłem do kolegi z grupy konwersatoryjnej i prosiłem jego ojca (był pilotem w LOT), by kupił mi największą puszkę w jakiejś strefie bezcłowej. Na Zachodzie ten tytoń był wszędzie – od lotniska, po sklep przydrożny w każdym Dorfie czy villagu.

Potem życiowy pośpiech przerzucił mnie na papierosy i cygaretki, a kiedy wróciłem do fajki w postkomunizmie, to tytoni – w porównaniu do tamtych czasów - było zatrzęsienie , a Alberta jakoś nie spotykałem.

Dlaczego PA nazwałem tytoniem psychologicznym? Bo kiedy patrze na recenzje czerwonej Amphory i Księcia Alberta, to czytam, że „kiedyś to były tytonie, a dzisiaj to jest gówno”. Albo, że blend z Ameryki jest lepszy od dostępnego w Polsce. Moim skromnym zdaniem, to czysta psychologia i wspomnienia młodości, zaklinanie przeszłości albo kalka po wertowaniu recenzji w polskim internecie. Mnie one smakują jak kiedyś – to nie top, ale i nie guano.

Od kiedy w naszych trafikach pojawił się PA w skandalicznie niedbałej saszetce beż żadnych opisów, wróciłem do niego, jak do starej, dobrej i wygodnej żony. To taki, znów moim zdaniem – totalny mild. Średnio mocny, średnio słodki, średni aromatyczny i średni do zniesienia dla otoczenia. Pali się średnio sucho, i wydziela średnią ilość kondensatu. Ten ostatni – jak i kiedyś za pewexowskich czasów – śmierdzi szczynami, jak to bywa z gorszymi gatunkowo burleyami, więc raczej nie wolno go wypalać do samiuśkiego końca, bo zapamiętuje się jedynie ten smrodek z publicznej toalety. I na nic żadne kryształki, aktywne filtry czy najdłuższe ustniki – Książe Albert tak ma i już. Kto o tym wie, pozostawi na dnie fajki niedopalone resztki i – tak jak ja – będzie całkiem usatysfakcjonowany, jeśli nie ma shishowych oczekiwań czy nie pali na stałe czystej Va.

Ja zaczynam fajowy dzień zawsze niemal od tego blendu, czyli – jak dali wyżej do zrozumienia niektórzy blendowi recenzenci – jestem bardzo początkującym palaczem fajek. Niemalże frajerem. Prince Albert jest jednak dla mnie na tyle smaczny i akuratnie średni, że nie muszę go dopalać do siwego popiołu. Nie wyobrażam sobie codziennej internetowej prasówki z mieszanką, z którą trzeba bardziej uważać. A siki wyczuje po pierwszym bulgocie i fajkę odstawię do czyszczenia.

Reasumując – to blend psychologiczny i wygodnie jednoznaczny oraz łatwy do poznania. Z całym jego smakiem i paskudnymi ograniczeniami.
Awatar użytkownika
lgatto
Początkujący
Początkujący
Posty: 45
Rejestracja: 19 lutego 2010, 12:50 - pt
Lokalizacja: Chojnice/Warszawa

Re: Prince Albert

Post autor: lgatto » 21 lutego 2010, 22:17 - ndz

Temat odświeżam gdyż właśnie palę Princa (Choice Blend) ... :pipeman:

Krótkie wprowadzenie: Tytoń dostałem w prezencie, a na te się nie wybrzydza, lecz patrząc na tabaccorevievs domacałem się, że to musi być Burley zamiast proszonej czystej Virginii. W sumie mi pasowało to, bo i czystej Va i Burleya nie próbowałem, a jestem na etapie macania za własnymi smakami.

Pierwsze palenie odbywało się w fajce z gruszy, starej, testowej, z którą się nigdy nie rozstaje i ma taki przestrzał smaków że domacałem się tam wszystkiego. Tytoń mi wyjątkowo nie smakował, bulgotał i parzył. Cóż złożyłem to na karb złej fajki i niedoświadczonego, "na szybko" palenia.
Na drugą próbę wybrałem wrzośca od Kulpińskiego, wyczyszczonego i długiego, tak by dym się mógł schłodzić, jednak znów nie domacałem się żadnych orzechów ni innych smaków a tylko tytoniu papierosowego jakości, wstyd powiedzieć, początkowych kilku pyknięć Ondraszka. Wywaliłem co miałem w fajce i kazałem czekać w kolejce na zmiłowanie.
Ponieważ do opalania nowej fajki nie mam nic co nie zawierałoby Latakii lub aromatu, dałem na próbę właśnie Princa i paląc na granicy wygaśnięcia muszę przyznać, że mi smakuje. Prawie zero kondensatu, popiołek koloru śniegu za oknem (plucha szarobiała), a gdy go się nie rozpala to i da się wyczuć orzeszki oraz pewnego rodzaju kwaśny, lecz nie nieznośny posmak. Da się palić, ale nie ma co się męczyć. Kupować go osobiście nie zamierzam, choćby do mojej centusiowej duszy przemawiała jego cena ( choćby nawet kilo było za 10zł a nie jest ;) ).

Co do puszki Prince Alberta, to jest to chyba co innego, niż to co dane było mi palić, zresztą tak wskazuje Tabaccoreviews. W puszkach Burley mieszany jest z Virginią i Latakią i szczerze mówiąc chętnie kupił bym 50g, lecz nie całą puchę 200-300g. Taki kamikaze to nawet ja nie jestem.
Pozdrawiam i polecam jedynie smakoszom amerykańskiego burleya z nadmiarem pieniędzy
Neofita - nie bić, nie kopać, w razie problemów - ignorować lub opieprzyć ;)

- Pali pan?
- Tak.
- A co pan, etykiet nie czyta? Wie pan, że to przyśpiesza koniec?
- Każdy kiedyś umrze...
- Ohhh... widzę, że pan z tych co cenią sobie jakość życia..
ODPOWIEDZ

Wróć do „Prince Albert”